wtorek, 21 lutego 2017

Czerwona suknia 1810.


Wszystko zaczęło się od facebookowego wydarzenia "Mme Chantberry's "Fashion Plays"". Wybrałam sobie piękną, czerwoną dzienną sukienkę z 1810 roku. Nie wzięłam jedynie pod uwagę, jak często lubię zmieniać zdanie. Po miesiącu stwierdziłam, że pasmanteria zupełnie nie pasuje do sukienki z ryciny. Po dwóch doszłam do wniosku, że początkowy zamiar użycia wełny jest bez sensu, bo będę jej używać jedynie latem, a wtedy ugotuję się z gorąca ( i tak się ugotowałam podczas spaceru w Ojcowie :P). Na koniec znalazłam dość podobną wieczorową suknię. No i pierwotny plan diabli wzięli.

Ostatecznie użyłam ceglano-czerwonego, haftowanego batystu, z różową bawełnianą podszewką na staniku. Konstrukcja to klasyczny bib-front. Krótsze rękawki są zmarszczone, tak żeby można je było nosić w wersji wieczorowej. Dłuższe dowiązuje za pomocą bawełnianych tasiemek. Spódnica jest niestety dość wąska, bo zabrakło mi materiału, a przez to nie układa się tak ładnie jak na rycinach. Suknia jest w większości szyta ręcznie - tylko pionowe szwy na spódnicy i łączenie części stanika wykonane są maszynowo.

Na razie mam zdjęcia tylko w wersji dziennej z długim rękawem, ale jeżeli kiedyś zbiorę się do obfotografowania wersji dziennej #2 (inna szmizetka i rękawy mameluckie) i wersji wieczorowej, to na pewno dodam tutaj link :)

Tymczasem, suknia na ludziu, po pokonaniu stromych schodów na skałę w Ojcowie:


Suknię uzupełniłam białą szmizetką z kołnierzykiem, naszyjnikiem z czerwonych drewnianych koralików i pasującym grzebieniem do włosów, reticulem, ogromnym bonnetem i rudym szalem. Nie polecam wychodzić w takim ubraniu na 30 stopniowy upał :P Pewnie dlatego na zdjęciu mam taką poważną minę, ale myślałam tylko o tym, żeby zrzucić to wszystko i beztrosko biegać w halce.


Suknia miała swój debiut na tegorocznym Zlocie Krynoliny w Ojcowie i już nie mogę się doczekać kolejnej okazji żeby ją włożyć. Chociaż koniecznie muszę popracować nad buskiem w mojej sznurówce, drut spawalniczy to nie był dobry pomysł, o czym 3 dni po zlocie przypominały mi siniaki na brzuchu :P

fot. Paulina Kowalczyk
PS. Napisałam ten post pół roku temu i zapisałam z zamiarem dorobienia zdjęć, ale chyba szybko to nie nastąpi... No dobra, nastąpi w przyszłym miesiącu, ale wtedy znowu zapomnę na kilka miesięcy, więc lepiej dodam teraz :P


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz